Zwierzaki

stat

Ekipa Koty Spod Bloku pod wodzą Agaty Maćkowiak

Pod opieką akcji Koty Spod Bloku jest obecnie już 40 zwierzaków.
Pod opieką akcji Koty Spod Bloku jest obecnie już 40 zwierzaków. Koty Spod Bloku

Agata Maćkowiak to postać niezwykła. Używam tych wielkich słów z pełną świadomością. Jak inaczej określić osobę, która z rzadko spotykaną determinacją i pasją poświęca swój czas i prywatne środki, aby bezinteresownie "robić dobro" na taką skalę? Akcja Koty Spod Bloku, choć wciąż nieformalna, działa niezwykle prężnie i profesjonalnie, pomagając kotom wolno żyjącym w Gdańsku i okolicach.



Aktualizacja: środa, godz. 14:07

Wywiad z Agatą Maćkowiak spotkał się z odzewem ze strony Gdańskiego Ogrodu Zoologicznego. Poniżej prezentujemy treść maila, jaki otrzymała nasza redakcja od Emilii Salach, kierownika działu marketingu i komunikacji.

W odpowiedzi na rozmowę z opiekunką kotów, Panią Agatą Maćkowiak, informujemy, iż w ostatnich latach z budżetu Miasta Gdańska przeznaczono na opiekę nad wolno bytującymi kotami:

- ponad 100 000 zł na zakup karmy,
- blisko 600 000 zł na sterylizację i kastrację,
- prawie 900 000 zł w ramach Budżetu Obywatelskiego na m.in. zabiegi lecznicze czy monitorowanie populacji.

Dodatkowo od 2010 r. w ramach miejskiego programu ustawiono na terenie Gdańska blisko 200 domków dla kotów.

W najbliższym czasie planowane jest rozdysponowanie:

- ok. 500 000 zł na usługi weterynaryjne,
- ok. 220 000 zł na karmę,
- ok. 60 000 zł na edukację dotyczącą odpowiedzialności za życie i zdrowie wolno bytujących kotów w Gdańsku.

Od lat z schronisko dla bezdomnych zwierząt "Promyk" z wieloma sukcesami prowadzi koci wolontariat, w ramach którego bardzo zaangażowane osoby wspierają i współprowadzą opiekę nad kotami. Jesteśmy szczęśliwi, że liczne fundacje również wspierają ten proces i mamy pełną świadomość potrzeby wspierania tego procesu. Mamy jednak nadzieję, że wspólnie uda nam się jeszcze więcej, a za każdy gest w stronę ochrony zwierząt dziękujemy.



Agata, z urodzenia krakowianka, a z wyboru gdańszczanka, pojawiła się we Wrzeszczu dwa lata temu. Od tego czasu pomogła już setkom kotów - zarówno takim, które nigdy nie miały swoich opiekunów, jak i tym, które z różnych powodów ich straciły.

To miała być rozmowa o wielkim sercu, miłości do zwierząt i wzruszających momentach pracy wolontariusza. Agata okazała się jednak osobą zbyt konkretną, żeby pytać ją o "słodkie kotki". Gdybym miała określić jej działalność jednym słowem, powiedziałabym: profesjonalizm. Szybko skierowała rozmowę na tory konkretów, liczb i spraw organizacyjnych. I choć pewnie nie będzie zadowolona, że stała się aż tak wyrazistą bohaterką tej rozmowy - jak sama wspominała, wolałaby być wymieniona z nazwy akcji, a niekoniecznie z nazwiska - jej działalność może być przykładem dla wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób chcą pomagać zwierzętom. Najczęściej przykładem niedoścignionym.


Pod opieką akcji Koty Spod Bloku jest obecnie już 40 zwierzaków.
Pod opieką akcji Koty Spod Bloku jest obecnie już 40 zwierzaków. Koty Spod Bloku

Koty-prezydenci



W progu mieszkania w Dolnym Wrzeszczu, poza samą Agatą, powitały mnie Hubba i Bubba, dwie kocie rezydentki, choć z ich zachowania można powiedzieć, że także prezydentki. Odważne, kontaktowe i jasno stawiające swoje granice drobne koteczki, okazały się jedną czwartą reprezentacji "siedziby głównej" akcji Koty Spod Bloku. Jako kolejną poznałam łaciatą, niezwykle przyjazną starszą kotkę.

Opowiedz mi coś więcej o kocich domownikach, których właśnie poznałam:

Agata Maćkowiak: To jest Babcia, a właściwie Nonna, bo takie imię nadano jej w drodze licytacji na stronie akcji. Ma niewydolność nerek i właściwie zerowe szanse na adopcję. Ludzie niechętnie biorą koty w wieku 10 lat i więcej. Ja akurat jestem wielbicielką takich i mam tu spory "przemiał". Miałam ekipę, z której najstarszy kot miał lat 22, a wzięłam go jak miał 18. Na ostatnie dni (śmiech).

Pewnie myślałaś, że leci na rezerwie.

Tak, a on wcale nie zamierzał jeszcze odchodzić. Ale Duszor, bo tak się nazywał, był takim kotkiem, który całe życie spędził z jedną panią. Pochodził z zupełnie innych warunków niż reszta tutaj.

Bo to wszystko są "ulicznice"?

Tak, Babcia Biała odchowała kilka miotów, czarna zresztą też. Zawsze mieszkały na ulicy gdzieś pod krzakiem, więc mają za sobą trudniejsze historie i wyglądają znacznie gorzej.

[Agata wskazuje na biało-czarną starszą kotkę, która "wchodzi w dyskusję" z dorodnym, czarnym kocurem o adekwatnym imieniu Czarny Pan. Gdy tylko odzywają się do siebie, doskakują do nich Hubba i Bubba w bojowych nastrojach.]

Hubba i Bubba to dresiary (śmiech). Zawsze gdy coś się dzieje, sprawdzają, komu tu można wtłuc.

Jak dogaduje się takie kocie stado?

Na początku każdy kot jest izolowany w dużej klatce. Socjalizacja z izolacją daje dobre rezultaty i w ten sposób udaje się koty wprowadzić. Stopniowo, przy obserwacji, zwiększam im częstotliwość kontaktu nowego kota ze stadem.


Obecnie pod opieką akcji jest około 30 kotów (na dzień publikacji wywiadu już 40 - przyp.red.), u ciebie "tylko" 6, jeśli nie liczymy Hubby i Bubby, które są tu na stałe. Opowiedz coś więcej o domach tymczasowych. Czy to ludzie którzy sami się zgłaszają?

Regularnie poszukuję domów tymczasowych. Taki tymczasowy opiekun podpisuje ze mną umowę, że bierze mojego kota pod opiekę, a zwierzak cały czas pozostaje pod opieką akcji. Uzgadniamy wtedy warunki: moim podstawowym zadaniem jest zapewnienie opieki weterynaryjnej, karmy i żwirku. Czasem dom tymczasowy bierze na siebie koszty wyżywienia i utrzymania. Najczęściej jednak ludzi na weterynarza nie stać, zwłaszcza, że są to koty z różnych środowisk, nierzadko wymagające specjalnej opieki czy warunków. Przede wszystkim także dopasowuję sytuację do człowieka, bo nie każdy kot nadaje się dla losowego domu.

Na przykład w przypadku Czarnego Pana, kota z FIV-em (wirus nabytego niedoboru immunologicznego kotów - przyp.red.) trzeba sprawdzać, czy nie zaczyna kichać, czy nie pojawia mu się jakiś wysięk z oczu. Ktoś, kto nie miał do czynienia z kotem o obniżonej odporności może to zignorować, więc w razie potrzeby uczulam na takie rzeczy.

Wczoraj wydałam do domu tymczasowego kota, który ma świerzb, więc wymaga czyszczenia uszu. Szkolę opiekunów i im doradzam - pozostaję w kontakcie nie tylko w kwestii zamawiania puszek, ale ogólnie dopytuję, co się dzieje. Daję także ogłoszenia, jeśli jest jakaś pilna sprawa - gdy np. jest potrzeba zabezpieczenia kota. Ostatnio miałam zgłoszenie o koteczce z Kolonii Uroda, która urodziła dwa kociaki - dwa żywe, trzy martwe - i nie miałam dla niej zupełnie miejsca. To była specyficzna sytuacja, bo kotka po porodzie zwykle bywa zestresowana, a ta była jeszcze okropnie wystraszona. Co ciekawe, to była ewidentnie domowa kotka.

Wobec tego jak znalazła się na ulicy?

Dobre pytanie. Prawdopodobnie ktoś ją wyrzucił, gdy zauważył, że jest w ciąży. Trafiła tam do stada niejakiej pani Krysi, karmicielki, która dobrze zna swoje stado. Zauważyła, że pojawił się nowy oswojony kot. Niestety, często ludzie myślą, że kot na działkach sobie poradzi, co oczywiście nie jest prawdą. Kot udomowiony często nie wie jak sobie radzić - jest 50 proc. szans, że zrozumie, o co chodzi z polowaniem. Do tego dochodzi kwestia odporności na choroby i tego, że jak zrobi się zimniej, to kot, który do tej pory mieszkał w mieszkaniu, nie ma wystarczającego futra. W domu koty oczywiście zmieniają szatę, ale nie narasta im taki gruby podszerstek jak kotom wolno żyjącym.

Jak wygląda taka tymczasowa opieka nad kotem?

Polega na zapewnianiu kotu miejsca, codziennej obserwacji. I zgłaszaniu, kiedy kończy sie żwirek czy karma, ewentualnie kiedy się dzieje coś niepokojącego. Niby niewielka działalność, a jest to wręcz podstawa działania akcji.

Jak wiesz, nie jestem z Trójmiasta, przeprowadziłam się tutaj dwa lata temu z Krakowa do pracy. Tam przez cztery lata prowadziłam kociarnię "Stawiamy na Łapy", a przez pięć lat byłam wolontariuszką fundacji. Właściwie wciąż jestem, ale wiadomo, że z racji odległości mniej się angażuję. Zauważyłam, że tutaj wolontariat działa głównie w taki sposób, że opiekunowie trzymają koty w domach - nawet po 30-40, co dla mnie było szokiem. Nie wyobrażam sobie tego chociażby ze względu na koszty utrzymania, leczenia albo szczepień.

Osiem kotów, tak jak obecnie u mnie, to absolutne maksimum na tym metrażu i przy możliwościach jednej osoby. Przy większej liczbie byłby problem zwłaszcza wtedy, gdy trafiłyby się jakieś choroby. Gdy w stadzie przydarzyły się lamblie, codziennie trzeba było złapać kota, podać mu tabletkę, odkazić kuwety... Gdybym miała zaszczepić co roku 40 kotów... No dobra, ostatecznie i tak szczepię więcej... (śmiech).

Kto może zostać domem tymczasowym? Czy ludzie zgłaszają się sami z siebie, na przykład tacy, którzy chcieliby mieć kota, ale jeszcze nie są pewni?

Bywa różnie. Czasem są to studenci, którzy na stałe nie mogą się zająć kotem, ale na jakiś czas - z chęcią. To jest naprawdę pełen przekrój. Wystarczy mieć chęć, może jakieś doświadczenie. Szukam domów raczej niewychodzących.

Kocie porady: czy kot powinien wychodzić na zewnątrz?


Raczej? Dopuszczasz czasami co innego?

Tak, w zależności od sytuacji mogę dopuszczać. Bywają koty, które wymagają pewnego nadzoru, ale nie odnajdą się w domu, bo są półdzikie, tak jak te koty ze stoczni. To są zwierzaki przyzwyczajone do obecności ludzi, ale raczej takie, które potrzebują karmiciela, a nie domu. Natomiast tym, które do mnie trafiają, w 99 proc. szukam domów stałych niewychodzących. Dla mnie ważna jest też kwestia lokalizacji. Nie mam własnego transportu, polegam w tej kwestii na kolegach i koleżankach, ale oczywiste jest, że nie są oni zawsze dostępni. Jeśli ktoś mieszka pod Gdańskiem lub np. na osiedlu Lawendowe Wzgórze, takie miejsca nie są dla mnie osiągalne. Ale nie ma z tym reguły - każde zgłoszenie staram się wykorzystać. Jeśli ktoś rzeczywiście mieszka dalej, może wziąć kota na dłuższy okres - takiego, który jest mniej adopcyjny, ale nie ma problemów zdrowotnych. Jest mniej zajmujący, ma załatwioną profilaktykę, nie wymaga wielkiej opieki. Karmę i żwirek w takich wypadkach zamawiam z internetu na adres danej osoby.

Koty bardziej wymagające trafiają do mnie. Zanim wydam kota do domu tymczasowego lub stałego, przeprowadzam tzw. profilaktykę - dwa tygodnie kwarantanny, w trakcie której odrobaczam, szczepię, a pod koniec robię także testy na wirusówki. To ostatnie jest ważne zwłaszcza jeśli kot ma trafić do stada. Jeśli wymaga leczenia, jest leczony. Po prostu wychodzę z założenia, że pewne rzeczy muszą być załatwione zanim znajdę kotu miejsce. Jednak z tymi domami tymczasowymi jest tak, że połowa z nich zostaje w końcu domami stałymi.

Przez zasiedzenie?

Dokładnie, więc ta "rekrutacja" to rzecz, która nigdy się nie kończy.

Kot na balkonie. Czy zawsze bezpieczny?


A jeśli chodzi o znalezienie domu stałego, to czy są jakieś warunki, np. te, o których wspomniałaś wcześniej: dom niewychodzący?

Tak, dom niewychodzący, czyli taki, gdzie się kota nie wypuszcza. U mnie warunkiem są także zabezpieczone okna i balkon. W Trójmieście jest kilka firm specjalizujących się w zakładaniu takich siatek. Dla mnie to jest niewyobrażalne, żeby na 10. piętrze kot biegał sobie po niezabezpieczonej barierce balkonu, a to się zdarza! Póki co koty jeszcze nie umieją fruwać. Niestety, wciąż bardzo wielu ludzi twierdzi, że "on nie wyskoczy"...

Nietypowy "wybieg" dla kota na 10 piętrze budynku


I że kot ma dziewięć żyć...

A ja w ciągu siedmiu lat wolontariatu widziałam zbyt wiele kotów rozsmarowanych, połamanych, leżących gdzieś w krzakach w cierpieniach przez ileś czasu, żeby w to uwierzyć. Absolutnie jest to warunkiem adopcji. A poza tym - chyba tylko chęć posiadania kota i świadomość, że zwierzak może dożyć dwudziestu lat, więc decyzja musi być poważnie przemyślana. Ludziom, którzy odwiedzają mnie z wizytą zawsze polecam, aby przespali się ze swoimi myślami, zastanowili się, czy to na pewno jest ten kot. Oczywiste jest, że każdy osobnik ma swoją specyfikę, swój charakter, nie każdy kot pasuje do każdego człowieka.

Z kotem czasami trzeba popracować, trzeba mieć także świadomość, że po zmianie miejsca zamieszkania mogą wystąpić różne zachowania. Koty czasem wokalizują albo mają problem z trafieniem do kuwety. To zupełnie normalne. Staram się dopasować kota do właściciela - jeśli na przykład kogoś nie ma długo w domu, to nie nadaje się do adopcji kociaka, bo ten rozwali mu dom. Raczej nie działam na zasadzie "byle tylko wypchnąć zwierzaka", tylko tak, żeby to miało jakiś sens. Wszystkie ogłoszenia adopcyjne są na mnie, więc to ja robię pierwszy przesiew, rozmawiam, zapraszam do domu tymczasowego albo do siebie i wtedy zapada decyzja. Jeśli jest w porządku, to podpisujemy umowy adopcyjne i koty idą do domów.

Czym jest akcja KSB formalnie?

W tym momencie akcja jest nieformalna. Gdy przyjechałam do Gdańska, szukałam kogoś, kto pomógłby mi w akcji sterylizacji kotów spod mojego bloku. Bo cóż, pewnego dnia otworzyłam okno i zobaczyłam kotkę karmiącą kocięta.

Jak nic wiedziały gdzie się znaleźć.

Tak, a gdy później rozejrzałam się po okolicy zobaczyłam, że tutaj kotów jest cała masa. Udało mi się umówić z dziewczyną z jednej z lokalnych fundacji. Przyjechała, złapała dwa koty i powiedziała, że w tej okolicy jest tak dużo kotów i tak mało ludzi działających na ich rzecz, że następny raz może przyjechać za miesiąc. Zdawałam sobie sprawę, że po takim czasie sytuacja będzie wyglądała jeszcze gorzej. Zastanawiałam się, jak to wszystko ogarnąć i dość spontanicznie stwierdziłam, że po prostu założę taką akcję społeczną Koty Spod Bloku i zacznę działać. I tak to ciągnę już od dwóch i pół roku. Lada chwila będę szła w kierunku formalizacji, ale jest jeszcze za wcześnie, żeby powiedzieć cokolwiek na ten temat. W tej chwili jesteśmy grupą wolontariuszy, przy czym ja jestem osobą głównodowodzącą, wyłapującą koty, ogarniającą finanse, social media i stan kotów. Reszta osób albo się dokłada, w zależności od możliwości finansowych albo - głównie - znajduje kotki (śmiech).

Czyli to bardziej osoby, które dostarczają "zleceń"?

Są to bardzo różni ludzie; niektórzy działają sami i tylko pytają mnie o różne rzeczy związane z logistyką czy formalnościami albo o jakieś porady; są też osoby z którymi łapię oraz karmiciele. Jest tu zapotrzebowanie na taką społeczność. Dla mnie sposób działań to główna różnica w "kociej społeczności" pomiędzy Trójmiastem a Krakowem: tu jest więcej osób które działają samodzielnie, z kolei w Krakowie jest kilka organizacji, w ramach których ludzie czują się mocniej związani.

Czy to są organizacje zrzeszone w sposób formalny? Współpracują np. ze schroniskiem, z miastem?

To są przede wszystkim fundacje. "Stawiamy na Łapy" też jest fundacją, kiedyś funkcjonującą jako filia innej, potem przekształconą w samodzielną jednostkę. Myślałam o tym, aby otworzyć tutaj filię tej fundacji, ale odległość jest zbyt dużą przeszkodą. Zdarza się, że trzeba z dnia na dzień dostarczyć papiery i obawiam się, że to by nie wypaliło. Współpracujemy jednak, jeśli chodzi np. o badania. Kotka Kroszatka będę chciała posłać do Krakowa, bo tam mamy bardzo dobrego specjalistę z zakresu chirurgii szczękowo-twarzowej, chyba najlepszego w Polsce.

A czy tutaj współpracujecie z jakimiś podmiotami, np. weterynarzami, schroniskiem?

Od schroniska trzymam się z daleka z kilku powodów, m.in. dlatego, że wolontariat jest tam mocno ograniczony i nie ma możliwości, aby sobie tak po prostu wyłapywać koty i tam dostarczać. Mam natomiast szereg lecznic, z którymi współpracuję i które mnie znają, w których można się na mnie po wcześniejszym ustaleniu powołać. Myślę, że powoli wyrabiam sobie w tym zakresie jakąś markę.

Prawie 4 mln zł dla bezdomnych zwierząt w Gdańsku


Jak wygląda współpraca z miastem? O ile jakkolwiek?

Jest bardzo dużo PR-u, ale mało działań. Gmina jest zobowiązana ustawą, aby wprowadzić program zapobiegania bezdomności zwierząt i w ramach tego programu powinny być zarezerwowane środki na działania ustawowe. W tej chwili miasto Gdańsk realizuje je tylko w bardzo wąskim zakresie - w niewielkiej liczbie sterylizacji miejskich, które już dawno się zakończyły, bo ten budżet jest niewielki. Większość działań jest przerzucana na budżet obywatelski.

Do tego miasto daje budki - ja niestety nie polegam na budkach miejskich, bo zwyczajnie nie mam czasu ich organizować. Znajome karmicielki, które mają na to czas mówią, że średni czas oczekiwania na taką budkę to trzy miesiące. Dla porównania: zrobienie warsztatów, podczas których zrobi się 40-50 budek to kwestia jednego lub dwóch dni. Owszem, budki miejskie są świetne jeśli chodzi o jakość, ale po prostu nie mamy czasu, aby na nie czekać, więc wolontariusze najczęściej robią je we własnym zakresie.

Zimą miasto dawało też karmę dla kotów przekazywaną karmicielom - 2 kilogramy suchej, do tego 6x400 gramów mokrego jedzenia na cały okres zimowy jednorazowo. Niestety, pożywienie wydawane było godzinach 11-13 w dni powszednie, więc zupełnie nieosiągalnych dla osoby pracującej na etacie, w tym dla mnie.

W zeszłym roku został także przegłosowany bardzo duży projekt budżetu obywatelskiego na ponad milion złotych, natomiast... nikt nie podejmuje się wykonywania ujętych w projekcie zadań. W tej chwili przetarg został unieważniony, ponieważ - uwaga - źle policzono stawkę VAT dla usług druku i akcji edukacyjnej, która miała zostać przeprowadzona w ramach tego budżetu. Chodzi zatem o zadania zupełnie poboczne. Można było także wezwać do uzupełnienia albo poprawki wniosku przetargowego.

Jest także inny problem związany z budżetem obywatelskim - głównym kryterium przetargów jest cena. Do działań ujmowanych w projektach bardzo trudno jest namówić podmioty, które mają się tym zajmować, bo nie dość, że jest z tym związana ogromna ilość "papierologii", to jeszcze stawki są wyraźnie zaniżone. Głosuje się na liczbę zabiegów i leczenia, przy czym to drugie jest potraktowane po macoszemu. Zastępca kierownika gdańskiego zoo, czyli jednostki formalnie sprawującej nadzór nad przetargiem, powiedział oficjalnie, że leczenie kotów wolno żyjących jest ewentualnym przejawem humanizmu i ma zdarzać się sporadycznie... Te słowa poruszyły wielu wolontariuszy, zresztą nie tylko.


Niestety jest wiele kwestii, które są podnoszone przez organizacje od lat. Weźmy choćby przechowywanie kotek po sterylizacjach. Powszechną praktyką w tym momencie, ze względu na brak środków i miejsca, jest wypuszczanie kotek zaledwie 24 godziny po zabiegu. To jest absolutna pomyłka, bo samo gojenie rany to 3-4 dni. Wypuszczając kota tak wcześnie nie mamy nawet pewności, czy załatwił się po zabiegu, a tym samym: czy nerki podjęły pracę, a organizm wypłukuje się z narkozy. Zwierzak po tak krótkim czasie od operacji jest oszołomiony, a rana na tyle świeża, że uciekając w panice po wypuszczeniu kot często rozrywa sobie szwy. A więc cóż z tego, że ktoś wysterylizuje sto kotów, skoro przeżyje z nich jedna trzecia. My tego nie wiemy, nie znamy dokładnej statystyki, bo mało kto się interesuje, co się dzieje później z tymi kotami. W rzeczywistości wygląda to tak, że "robi się" stado i przechodzi do następnego. Jednak argumenty nie trafiają do miasta. Powtarza się, że obecna praktyka nie jest przyjazna zwierzętom - jak grochem o ścianę. Sama miałam do czynienia z budżetem obywatelskim, bo w zeszłym roku złożyłam wniosek o założenie kociarni.

"Kociarni" to znaczy?

Miało to być miejsce edukacyjne, w którym można promować adopcję kotów wolno żyjących. Dostałam od miasta odpowiedź, z którą w sumie się nie kłóciłam, ale tylko dlatego, że stwierdziłam, że nie ma sensu i nie ma z kim. Nie dość, że zawierała błędy, co wyglądało trochę niepoważnie, to odpowiedziano mi, że zajmowanie się zwierzętami wolno żyjącymi jest zadaniem wyłącznie Promyka, czyli schroniska kontraktowanego przez gminę. Jest to nieprawdą, bo każda organizacja pozarządowa, która ma w statucie zajmowanie się zwierzakami wolno bytującymi jak najbardziej może to robić, jak również może wynajmować takie pomieszczenia. Dlatego obecnie wynajmuję pomieszczenia pod szpitalik - zupełnie prywatnie, płacę za to ze swoich pieniędzy - i mam tam sześć klatek, w których koty wolno żyjące przebywają po zabiegach przez tydzień, a jeśli potrzeba, to dłużej. Odwiedzam je dwa razy dziennie, podaję leki.

To jest pomieszczenie w lecznicy?

Nie, to pomieszczenie magazynowe, wynajmowane zupełnie osobno. Szukam też drugiego takiego pomieszczenia. Takie rzeczy dzieją się w całym Trójmieście - wolontariusze wynajmują takie pomieszczenia za własne pieniądze, poświęcają czas. Jako wolontariusz jestem człowiekiem, któremu zależy, więc tak czy inaczej działam, a miasto - cóż, nie odczuwa takiej presji. Przetarg unieważniony, powód jest, a czy jest on poważny czy niepoważny, to już samemu można ocenić. Z mojego punktu widzenia takie decyzje przekładają się na cierpienie setek tysięcy zwierząt, bo w porównaniu choćby z Krakowem, w środowisku miejskim przybywa tutaj znacznie więcej kotów. Pod swoim własnym blokiem wyłapałam ponad 20, z czego trzy kociaki przeżyły i zostały wyadoptowane. W ciągu dwóch lat przewinęło się u mnie 240 kotów - prawie wszystkie z Dolnego Wrzeszcza. Teraz akurat trafiło się tak, że u mnie są trzy kotki z Przymorza, ale to jest raczej wyjątek.

Co to są za zwierzaki? Skąd one się biorą?

Początkowo to były koty z okolicy, które były dokarmiane. Ta część Wrzeszcza Dolnego jest zamieszkiwana głównie przez starszych ludzi, którzy są przyzwyczajeni do tego, że gdzieś wystawi się miskę, gdzie indziej rzuci coś z okna... Pod tym względem tutejsze koty nie mają się źle. Minus jest taki, że one były zupełnie niesterylizowane, więc populacja rozwijała się bez kontroli, a razem z nimi rozprzestrzeniał się wirus kociego kataru. Przy dużym zagęszczeniu populacji wirusy szybko mutują, a skutki są bardzo przykre, m.in. wysoka umieralność miotów. Pierwsze moje działania były więc nakierowane na uporządkowanie sytuacji.


Działałaś z tym wszystkim sama?

Przez pierwsze kilka miesięcy działałam sama. Potem poznałam Kocią Szamankę i to ona wprowadziła mnie w środowisko - podpowiedziała kto jest kim, kto gdzie działa, do kogo się zwracać - i tak powoli zaczęłam gromadzić wśród siebie ludzi. Jeśli chodzi o fundacje, to w okolicy jest ich niewiele. Jest MaszKotka, którą prowadzi była prezeska Kotikowa,KotikowoKotella. Działania tych organizacji nie są jednak ukierunkowane typowo na sterylizacje kotów wolno żyjących, co dla mnie z kolei jest głównym priorytetem, bo mamy tu olbrzymią populację. Są jeszcze dwie duże fundacje - Kotangens i PKDT, czyli Pomorski Koci Dom Tymczasowy. PKDT działa głównie na terenie Gdyni, z kolei Kotangens to kilka osób - Monika, Sylwia, druga Monika i Dorota. Często przejmuję zgłoszenia, które wpływają do Kotangensa - staram się im pomagać tyle, ile jestem w stanie, zwłaszcza, że nie ma innej osoby, która we Wrzeszczu Dolnym przeprowadzałaby jakieś akcje sterylizacji. W tej chwili na szczęście jestem już bardziej rozpoznawalna, dostaję sporo zgłoszeń bezpośrednio przez stronę, ludzie też przekazują sobie mój numer telefonu. Dzisiaj na przykład dostałam zgłoszenie od pana z Wrzeszcza Górnego, który dokarmia koty i dostał mój numer od koleżanki koleżanki.

Jakiego typu to są zgłoszenia? Co się dzieje tym kotom?

Bardzo różne. Teraz ponieważ jest tak zwany "sezon maluchowy", większość ludzi orientuje się, że nie tylko w okolicy są koty wolno żyjące, lecz także małe kotki. Zazwyczaj następuje wielkie zdziwienie tym faktem i prośba o zabranie kociaków. Dla mnie jest to podwójnym kłopotem, dlatego, że działam kompleksowo - nie pojadę i nie zabiorę kociaków, bo przecież za dwa miesiące w tym samym miejscu będą kolejne. Co więcej, jeśli jest wśród nich jakaś choroba, to ona sama z siebie nie zniknie. Trzeba więc zająć się całym stadem - zorientować się, ile jest tych kotów, kiedy przychodzą, dogadać się z karmicielami.

Czasem jest tak, że jest jeden karmiciel, czasem jest ich wielu. Jeśli współpracują, to w porządku, ale jeśli nie chcą współpracować albo np. nie do końca rozumieją, że koty trzeba przegłodzić przed łapanką, wówczas zaczynają się schody. We Wrzeszczu Dolnym jest taka specyficzna sytuacja, że tutaj nie ma raczej co liczyć na dogadanie się z karmicielami. Bardzo dużo ludzi dokarmia koty, ale raczej sporadycznie - ktoś przyjdzie, rzuci puszkę czy saszetkę. Są też oczywiście osoby, które dokarmiają regularnie, ale to są jednostki. Takie osoby wspomagam karmą i staram się utrzymywać z nimi dobre stosunki, bo to ci ludzie są najbliżej kotów, widują je codziennie lub prawie codziennie i są w stanie różne rzeczy wyłapać jako pierwsi.

Czyli zgłoszenie przychodzi wtedy, gdy są małe koty, zwierzaki chorują lub coś im zagraża?

Tak, dzisiaj na przykład dostałam zgłoszenie od pana, który zauważył, że kot którego dokarmia jest bardzo chudy, nie chce złapać wagi i chyba coś niedobrego się z nim dzieje. Zawsze muszę przeprowadzić pełny wywiad, czyli oprócz kwestii, o których wspominałam, pytam także o to, czy kot się daje dotknąć, czy podchodzi do człowieka. Ze względu na to, że pracuję na etat, wolontariat to dla mnie popołudnia i weekendy. Mam jeszcze kilka osób, które mi pomagają, ale akurat łapanie na razie średnio im idzie, potrzebują jeszcze praktyki. To wymaga także pewnego myślenia ad hoc - bywają sytuacje naprawdę nietypowe, podczas których trzeba działać bardzo niespecyficznie. Nie każda łapanka kończy się sukcesem. Czasem w jedno miejsce wraca się kilka razy, trzeba uruchomić dodatkowe środki i pomysły.

Mamy za sobą np. łapanie kota w swego rodzaju przepuście. Ta akcja wymagała współpracy w sumie pięciu osób. Kot - jeśli dobrze pamiętam, ma na imię Sasza - miewa się bardzo dobrze, a pani doadoptowała jeszcze jednego kota i mam z nią stały kontakt. Z takich ciekawszych miejsc, łapałam też koty w porcie i pod katedrą - stamtąd właśnie pochodzą koty z Pelplina - trzy dorosłe i jeden kociak, jedna kotka oswojona.

Zbudowali specjalne urządzenie, aby uratować kota


Czy zdarzają się powroty z adopcji?

Póki co mam szczęście i nic takiego się nie zdarzyło, ale pewnie prędzej czy później się to trafi. Wiadomo, w życiu bywa różnie. Mogą się przytrafić diametralne zmiany sytuacji życiowej, alergie i tym podobne, więc zawsze biorę to pod uwagę. Na podstawie umowy te zwierzaki zawsze mogą do mnie wrócić. Póki co jednak wszyscy są zadowoleni - ludzie, koty też.

Czy to jest umowa między prywatnymi osobami?

Tak, to jest umowa cywilno-prawna, którą możemy zawrzeć podejmując jakąś wymianę. W tym przypadku umowa adopcji stanowi o tym, że przekazuję komuś zwierzaka, który był pod moją opieką, a osoba która adoptuje podejmuje się spełniania pewnych warunków.

Czego potrzebuje akcja Koty Spod Bloku - rąk do pracy, funduszy, a może jednych i drugich?

Na pewno zawsze przydadzą się dary rzeczowe. Są produkty, które są potrzebne stale: karma sucha i mokra, podkłady. Czasami też proszę na stronie o jakieś konkretne sprawy. Chciałabym poprosić o karmę nerkową dla Czarnej Babci; jest też potrzebny Convalescence - to taki proszek wysokokaloryczny i wysokowchłanialny, bardzo przydatny do odkarmiania kociaków albo kotów w gorszej kondycji. Podkłady - zdarza się, że ktoś kupi większą ilość, a schodzą cały czas; środki odkażające - również zużywane na bieżąco. Przydają się transportery - te, które używam, po pół roku są już do niczego; łamią się w nich zaczepy i kratki. Raczej nie są obliczane przez producentów na tak ekstremalnie intensywny użytek. Gdy ktoś kupuje transporter dla swojego kota, to raczej potrzebuje go tam wpakować ze dwa razy do roku...

Oczywiście potrzebne są także fundusze. Moim marzeniem jest stworzenie kociarni - w Krakowie taką mamy, podobnie jak szpitalik. Tutaj chciałabym stworzyć coś podobnego, a to byłaby zupełnie nowa jakość.

Czego potrzeba, aby taka kociarnia powstała?

Długą drogą będzie samo znalezienie lokalu. Dlatego też myślę o pewnym sformalizowaniu akcji, bo jako osobie prywatnej trudno mi będzie wynająć lokal od miasta, a to byłaby najszybsza droga.

Co to musi być za lokal? Taki magazyn jak szpitalik?

Szpitalik to akurat takie pomieszczenie, które znalazłam tak po prostu, a wynajmujący zgodził się na dane warunki. Jednak najlepiej, żeby kociarnia była w pomieszczeniu, gdzie są doprowadzone woda i prąd, ewentualnie, żeby były to dwa pomieszczenia, co da możliwość izolacji i wstawienia klatek.


Czego jeszcze potrzebujecie oprócz znalezienia miejsca?

To będzie najważniejsze. Obawiam się, że jeśli chodzi o osoby prywatne, to szanse są marne. Ludzie, gdy słyszą o tym, że szuka się pomieszczenia pod koty, to odmawiają. Wyobrażają sobie, że to będzie syf, kiła, mogiła, śmierć i walające się wszędzie kocie odchody. Może tutaj idealnie nie jest (rozgląda się po całkiem posprzątanym mieszkaniu), jest za dużo kotów i książek, natomiast rzadko się zdarza tak jak w wyżej opisanych wyobrażeniach. Jest jakaś liczba zwierząt, której się jako jedna osoba nie ogarnie. Może jeśli ktoś przebywa cały czas w domu, cały czas sprząta i jest w stanie poświęcić kotom 24 godziny na dobę, to może sobie pozwolić na 30-40 kotów. Ja mam jednak niski limit '"siedziby głównej", dlatego tu trafiają koty najbardziej potrzebujące. Trafiają się tu też egzemplarze łatwiej adopcyjne, np. Miłmił, który zresztą już był w domu tymczasowym, ale nie dogadał się z rezydentami. Trafił do dwóch kotek, wobec których był bardzo niegrzeczny. Ciągle zaczepiał jedną z nich, więc trafił tu jako towarzystwo do Choco...

... czyli tej z szafy?

Tego, bo Choco to chłopak z szafy. Był jednym z trojga rodzeństwa z Klonowicza, którego złapałam w sylwestra. Miał zapalenie płuc i koci katar, mieścił mi się w dłoni. Obecnie ma ponad rok. Wyrósł trochę na dzikuska, boi się i jak ktoś nowy przychodzi, to on z tej szafy nie zejdzie. Ale wierzę, że znajdzie się taka osoba, której to będzie pasowało, która nie będzie miała oczekiwań, że kot będzie jej od razu wskakiwał na kolana.

Może ktoś szuka kota, który będzie po prostu drugą żywą istotą w domu.

Tak, są różne motywacje. Czasem ludzi ponoszą emocje, widzą małe puchate kuleczki i chcieliby sobie taką wziąć. Są też osoby, które podchodzą do tematu inaczej - nie mówię, że lepiej czy gorzej, po prostu inaczej - i chcą pomóc kotu, który jest w największej potrzebie. Choco na pewno byłby takim osobnikiem, podobnie jak obie Babcie. Był też 16-letni kocurek Księciunio, 15-letni Edek z szeregiem problemów zdrowotnych czy Duszorek - wszystkie u mnie, więc jak widać inwestuję w kocią geriatrię.

Każdy ma swojego świra, ja mam właśnie takiego. Starsze kotki mają praktycznie zerowe szanse w schronisku, zwykle w ciągu miesiąca umierają ze stresu. Dla nich to jest szokujące nagromadzenie bodźców, dźwięków i raczej się w tej rzeczywistości nie odnajdują. To w ogóle jest ogromny stres dla zwierzaka, a co dopiero dla starszego osobnika, który często do tego jest chory.

Jako akcja macie pod opieką 30 kotów - w ilu domach tymczasowych?

Obecnie mamy 28 kotów (już 40! - przyp.red.), domów jest dziewięć plus mój, "siedziba główna". Prowadzę staranny rejestr w postaci notatek. Publikujemy też wszelkie rozliczenia. Ludzie czasem wpłacają mi pieniądze na konto, prowadzę też regularnie zrzutki. Można zawsze zobaczyć, na co te pieniądze wydałam.

Wszystkie zbiórki prowadzisz poprzez portal Zrzutka.pl?

W tej chwili tak. Wcześniej korzystałam z innych portali, jednak zrzutka jako jedyna nie pobiera prowizji. Ludzie którzy mnie poznali i którzy mi ufają raczej wpłacają pieniądze bezpośrednio na konto - moje lub któregoś ze współpracujących ze mną wolontariuszy. Uważam, że to zawsze musi być bardzo przejrzyste. Tak czy inaczej cały czas mocno dokładamy do budżetu. Cały czas kupuję karmę i żwirek z prywatnych pieniędzy, płacę też za szpitalik, za transport i różne dodatkowe rzeczy. Rzecz jasna nie chcę kupować ze środków zrzutkowych jakichś fajniejszych zabawek, nie będę rozliczać z takich zrzutek śmiesznej kuwety z kocimi uszami, która nie jest przecież niezbędna (śmiech). Ten drapak od podłogi do sufitu kupiłam za premię ze swojej pracy, jest fajny i solidny.

Niestety, zawsze jest się na minusie jeśli działa się w miarę uczciwie. Jeśli są potrzebne środki na cito to cóż, dokłada się po prostu z własnej kieszeni. Jeśli muszę nagle pojechać do lecznicy, mam w tym celu odłożone jakieś zaskórniaki. Na przykład jeżeli w weekend muszę pojechać do lecznicy, która jest bardzo droga, a wiem, że tylko tam uzyskam pomoc, to jadę, nie mając wcale pewności, że to się zwróci. Staram się na bieżąco komunikować o działaniach i potrzebach na fanpage'u na Facebooku, ale też rzadko jest tak, że w ferworze działania tworzy się wpis i ogarnia sytuację.

Czy w ostatecznym rozrachunku udaje się wyjść na zero?

Zrzutkowo tak, prywatnie nie, ale można przyjąć, że mam jakąś tam rezerwę środków, którą na to przeznaczam i uważam, że i tak bym przeznaczała. Akcja jest obecnie na tyle znana, że mam pewnych sympatyków, którzy na przykład przysyłają karmę czy żwirek.

Czy jesteście największą nieformalną akcją tego typu w Trójmieście?

Jeżeli chodzi o akcje nieformalne, myślę, że w tym momencie tak. Wszystko, co się miało sformalizować, to się już sformalizowało. Być może są ludzie, którzy są mniej medialni i działają w samotności, od czego ja się zdecydowanie odżegnuję. Faktycznie na początku było tak, że byłam tylko ja jedna, natomiast uważam, że w grupie siła i im więcej osób się zaangażuje, tym większy jest potencjał na zmiany. Chciałabym zrobić jakąś większą akcję solidarnościową związaną z wykorzystaniem środków z budżetu obywatelskiego, a do tego zdecydowanie potrzeba więcej ludzi. Prawda jest taka, że jeśli te środki nie zostaną wykorzystane, to wrócą do budżetu, a wtedy cały ten PR, jak to miasto Gdańsk pomaga kotom, można włożyć między bajki.

Czy teraz budżet obywatelski realizuje jakieś kocie akcje?

Teraz dostępne są jeszcze jakieś dodatkowe zabiegi sterylizacji. Co ciekawe, we Wrzeszczu Dolnym cała pula wynosi 100 zabiegów rocznie. Biorąc pod uwagę fakt, że ja sama sterylizuję średnio 80-90 kotów, byłabym w stanie samodzielnie wykorzystać ten limit... Większość kotów, które do mnie trafia, jest sterylizowana i kastrowana. Tak naprawdę ta pula jest więc bardzo, bardzo mała. Trzeba też podkreślić, że jest również wielkie zapotrzebowanie na kastracje wśród zwierząt właścicielskich, zarówno kotów jak i psów. Jest mnóstwo osób niezamożnych, które nawet chciałyby poddać swojego pupila zabiegowi, ale nie mają na to funduszy.

Czy interwencje w związku z kotami właścicielskimi też wam się zdarzają?

Bardzo rzadko. Skupiam się na kotach wolno żyjących, choć czasem siłą rzeczy zdarza się znaleźć kota, który ma swojego opiekuna. Dobrze, jeżeli ten kot żyje. Niestety znajdowanie "naleśników", czyli kotów, które uległy wypadkom nie należy do rzadkości. Co dość zaskakujące, ludzie, którym znajduje się kota nieżywego, są zwykle bardziej wdzięczni niż ci, którym zwraca się kota "w całości". Dlaczego? Bo to najczęściej są koty wychodzące, które się gdzieś zaplątały i właściciele nie widzą w tym nic złego...

Ostatnio na przykład dostałam zgłoszenie od pani, która wyprowadzając swoje trzy pitbule musiała borykać się z kotką, która uporczywie zaczepiała jej psy do zabawy. Mogło się to skończyć tragicznie, bo psy wcale nie miały ochoty przyjaźnić się z kotem. Po dwukrotnym zgłoszeniu z tej samej okolicy, które pojawiło się też na grupach na Facebooku, moja wolontariuszka zdecydowała się tę kotkę odłowić. Zaczęłyśmy najpierw rozwieszać ogłoszenia w okolicy. W końcu znalazła się właścicielka... która była wielce oburzona, że nie dość, że odławiamy jej kota, to pewnie jeszcze ukradłyśmy go z ogródka. Przecież rozwieszałyśmy ogłoszenia po okolicy i szukałyśmy właściciela jak wariatki.

Bardzo rzadko zdarza się, żeby ludzie w takiej sytuacji podjęli jakieś dalsze kroki - mówię o znakowaniu, o chipowaniu - a to zwykle nam, wolontariuszom zaoszczędziłoby pracy. Często słyszę albo mam do czynienia z taką sytuacją, że kot jest ewidentnie oswojony, domowy, a nie ma możliwości znalezienia jego właściciela. Założenie chipa to koszt od 50 do 100 złotych i to już razem z rejestracją. Każdego znalezionego kota skanuję - zdarzają się może trzy albo cztery takie rocznie, które są ewidentnie domowe i nie są zgłaszane przez karmicieli albo są wskazywane na tej zasadzie, że do stada dołączył jakiś nieznajomy kot. Taki zwierzak zwykle wygląda na zadbanego, przede wszystkim ma trochę tłuszczyku, co u kotów wolno żyjących rzadko się zdarza. Niestety, szanse, żeby taki kot wrócił do swojego domu, są naprawdę niewielkie właśnie z takiego błahego powodu jak brak chipa.

Wszystkie koty, które wychodzą ode mnie do adopcji są zachipowane i mam nadzieję, że ludzie będą się do tego przekonywać. Jest to niewielki wysiłek, który znacznie ułatwia życie. A wypadki naprawdę się zdarzają. Ludzie twierdzą, że ich kot nie wychodzi poza ogródek albo poza balkon... dopóki nie nastąpi ten jeden, jedyny raz, kiedy owszem, wyjdzie. To nawet nie musi być działanie intencjonalne - zdarza się, że siatki pękają, zwierzak wyjdzie i nie potrafi potem wrócić. Nawet jeśli ktoś go znajdzie, nie jest w stanie zidentyfikować właściciela.

Nierzadko ludzie są przekonani, że ktoś wziął do domu ich kota. Biorąc pod uwagę skalę kociej bezdomności w Polsce powiedziałabym, że to są mrzonki. Jeżeli ktoś kradnie koty, to raczej rasowe albo w typie rasy. Taki zwykły burasek czy pingwin, których obok na ulicy jest dziesięć, raczej nikogo specjalnie nie zainteresuje.

Każdy, kto działa w kocim świecie, reaguje na takie zaniedbania wręcz alergicznie. Mając pod opieką taką akcję i tyle kotów, naprawdę nie potrzebuję tu kota właścicielskiego. Zajmowanie się nim jest obowiązkiem jego opiekuna. Moją misją jest zauważanie tych, których nikt nie zauważa i które właścicieli nie mają. Fajnie by było, gdyby zmieniało się podejście, ale to już jest temat na szerszą dyskusję, o którym mogłabym mówić i mówić...

Czy zgłaszają się do was także sami właściciele, którzy nie wiedzą co zrobić, gdy ich kot zaginął?

Jak najbardziej. Jest w internecie ogólny instruktaż, także w razie potrzeby udzielam wskazówek. Czasami udostępniam kontakty do karmicieli działających na danym terenie. Najwięcej natomiast zależy od osoby poszukującej. Jeżeli się nie podda, to o ile kotu się nic nie przytrafiło, to prędzej czy później szanse na znalezienie są duże. Wszystko też zależy od tego, czy kot jest wychodzący czy niewychodzący, jaki ma charakter - na podstawie wywiadu jestem w stanie udzielić jakichś wskazówek, ale realizować je musi już osoba szukająca, a najlepiej zespół.

Sama brałam udział w wielu poszukiwaniach i jest to naprawdę loteria. Czasami zwierzę jest tak przestraszone, że wbije się w kąt i nie pomoże nawoływanie. Nie pomogą żadne "chodź tu Pusiu/Kiciu/Myszeczko", bo kot zaginiony to zwierzak, który wpada w tryb przetrwania. Dla niego najważniejsze jest to, co się dzieje w tej konkretnej chwili, a skoro czuje się zagrożony, to instynkt każe mu się nie odzywać. Powiedzenie "jak mysz pod miotłą" w tym wypadku tyczy się kota.

Zobacz także: Zaginął pies - co robić? Krok po kroku

Czy koty znajdują się zwykle w jakichś standardowych miejscach?

Jeśli chodzi o koty niewychodzące, największe szanse są na to, aby znaleźć kota w którejś z najbliższych dziur. Najlepiej rozglądać się o świcie i po zmroku, ponieważ kocie oczy mają warstwę, która odbija światło, więc może być tak, że nawet jeśli zwierzak się nie odzywa, to błysną gdzieś jego oczy. Warto próbować - pierwsze 3-4 dni dają zdecydowanie największe szanse. Potem koty głodnieją i najczęściej ten głód wygrywa ze strachem - gdy zaczynają wędrować, jest już znacznie trudniej.

Polecam też nadajniki GPS, choć na razie bardzo mało ludzi się tym interesuje. Gdybym miała koty wychodzące, czego nie planuję, to pierwsze co, to założyłabym im chip i GPS. Z tego, co widzę, właściciele kotów rzadko o tym myślą - na razie jest szeroka tendencja do antropomorfizacji. Ludzie wyobrażają sobie, że kot będzie wiedział, żeby nie oddalać się w danym kierunku, nie przejdzie do ogródka sąsiada, nie przebiegnie przez ulicę...

Że stanie na czerwonym świetle...

Otóż to... zresztą z psami jest bardzo podobnie, a to oczywiście jest głupota. Warto korzystać z najnowszych zdobyczy technologii. Osobiście nie wyobrażam sobie nie wiedzieć, gdzie jest mój zwierzak, ale to pewnie także dlatego, że angażuję w te koty dużo środków i emocji. Dla spokoju własnego sumienia, jeśli ktoś już kota wypuszcza, to powinien o czymś takim pomyśleć.

Czy to są obroże?

Są też wstrzykiwane chipy, malutkie nadajniczki. Można też kupić obroże. Jest tych opcji multum, o różnym czasie działania i rozmiarach. Warto się w tym zorientować. Gdy patrzy się na logi takich nadajników, udostępniane przez niektórych w internecie, to można się naprawdę zdziwić. Okazuje się, że koty wędrują w ciągu dnia wiele kilometrów. Tak naprawdę rzadko zdarza się, że sobie tylko leżą w tym ogródku i nic się tam nie dzieje.

[Nagle na kanapę wskoczył bury kot, zerkając jakby kątem oka, czy zechcę go pogłaskać.]

O dzień dobry, pan dotykalski czy pan niedotykalski?

On jest akurat bardzo dotykalski! To jest właśnie taki kocurek, któremu chip by się bardzo przydał. Co się z nim działo i dlaczego trafił na ulicę, tego nikt nie wie. Wszedł sobie do mieszkania sąsiadki mojej koleżanki przy Hallera. Tam niestety był pies, który kota nie tolerował, więc koleżanka zadzwoniła do mnie, kot trafił do mnie na kwarantannę i potem tutaj został. Ewidentnie zna dom, jest oswojony i miał na pewno swoich opiekunów. Co się z nimi stało - nie wiemy. Były rozwieszane plakaty, przeprowadziliśmy całe standardowe działania w określonych, często uczęszczanych miejscach - pod śmietnikami, aptekami, sklepami, czyli tam, gdzie na pewno jest duży przepływ ludzi. Jakiś czas temu zdejmowałam te plakaty, bo on jest u mnie już prawie pół roku...

Czasami opiekunami kotów są ludzie starsi, którzy nie mają dostępu do internetu, no ale jeśli nie trafią do nich papierowe ogłoszenia, to w ogóle nie ma szansy żeby ich znaleźć. W przypadku tego kota kompletnie nie jestem w stanie nic konkretnego powiedzieć. Równie dobrze ktoś mógł go po prostu dokarmiać, on się przyzwyczaił, oswoił...

W tym momencie pan kartonowy wstał i sprawdził, czy niebezpieczeństwo (czyt. ja) wciąż czyha. Zaiste czyhało, więc z powrotem zwinął się w kłębek. Z kolei w kącie przy szafie Babcia zasnęła z otwartymi oczami. Jak się dowiedziałam, Babcia śpi "na trupka" zawsze wtedy, gdy jest w domu ktoś obcy, kogo na wszelki wypadek trzeba doglądać. Było to dla mnie jasnym sygnałem, że koty są już po kociej dobranocce i chcą spać. Podziękowałam im wszystkim za gościnę i obiecałam, że wszystkie osiem mordek pokaże się na łamach portalu. Może spośród sześciu futrzaków do adopcji z "siedziby głównej" akcji i pozostałych dwudziestu dwóch, rozlokowanych w domach tymczasowych, któreś znajdą domy wśród naszych czytelników? Choć z pewnością nie miałyby nic przeciwko temu, by na stałe zostać u Agaty, to kotów, które czekają w kolejce do znalezienia się w tym najlepszym z możliwych tymczasowych miejsc, jest na ulicach wciąż zbyt wiele.

Czytaj także

zobacz więcej»

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Miejsca przyjazne zwierzętom

Forum zwierzęta - ciekawy temat

Ginące koty (27 postów)

Mieszkam na Niedźwiedniku.W październiku zginęła mi kotka. W zeszły piątek kot. Oba wyszły wieczorem. W jednym ze sklepów dowiedziałam się, że w ostatnim czasie nie tylko moje koty zginęły . Zauważyłam też, że znacznie spadła liczba tych wolnożyjących. Sprawa dotyczy Niedźwiednika, ale trafiłam na ten wątek: Nie wiem, czy te dwie sprawy mają coś wspólnego. Być może. Bardzo proszę wszystkich mających jakiekolwiek informacje na ten temat o kontakt. Również tych szukających. To na pewno nie jest przypadek. 798405915

B. (2 dni temu)

Bzdura , od wielu lat piaskownice są ogrodzone, a zresztą my się bawiliśmy w takich piaskownicach i co ? Zdrowi jesteśmy, B., l.54

więcej tematów »