Zwierzaki

stat

Poskramiacz psów: miłość do zwierząt odmieniła jego życie

Ze względu na psa porzucił pracę na Darze Młodzieży. Dziś nie żałuje tej decyzji.
Ze względu na psa porzucił pracę na Darze Młodzieży. Dziś nie żałuje tej decyzji. materiały Adama Pokorskiego

Adam Pokorski dla psów jest w stanie zrobić wiele: tygodniami szukać zaginionego zwierzaka czy porzucić pracę na Darze Młodzieży. Dziś jest spełniony, bo może pomagać innym, zwłaszcza że statystyki są niepokojące: średnio co piąty pies może się zgubić. On pomaga im wrócić do domu.



Agnieszka Majewska: Teraz twój świat kręci się wokół psów, ale zanim do tego doszło, wypełniały go żaglowce. Jak zaczęła się twoja przygoda z morzem?

Adam Pokorski: Cała moja rodzina jest taka pływająca - dziadek, wujek, brat, nawet moja mama jest związana z morzem, pracuje w Akademii Morskiej, więc szybko się zaraziłem tą pasją i zakochałem w żaglowcach. Moje marzenia z dzieciństwa zaczęły się spełniać, a plakaty żaglowców, w tym ulubionego Daru Młodzieży, które kiedyś wieszałem w pokoju, przybrały realną formę. Wybrałem Wydział Mechaniczny Akademii Morskiej i z niecierpliwością czekałem na praktyki, które właśnie na Darze Młodzieży miały się odbywać. W pierwszy rejs wypłynąłem zimą. Po nim stwierdziłem, że Wydział Mechaniczny nie jest dla mnie, dlatego przeniosłem się na Wydział Nawigacyjny. Spodobało mi się to tak bardzo, że po trzech latach studiowania zgłosiłem się do pracy na Darze. Pracowałem jako instruktor, a dokładnie jako asystent pokładowy i znalazłem się w gronie czterech osób, które uczą studentów odbywających tam praktyki. Przez prawie dwa lata pływałem.

To częste wyjazdy i krótkie pobyty na lądzie. Jak łączyłeś tę pracę ze studiami?

W pierwszym roku miałem zaliczyć materiał po powrocie z rejsów, pod koniec roku. Rejsy wciągnęły mnie tak bardzo, że na drugi rok zdecydowałem się wziąć urlop dziekański. Pływaliśmy najczęściej po Europie, głównie ze studentami, ale zdarzały się też różne grupy - na przykład ekipa BBC, zespół lekarzy kardiologów czy grono dziennikarzy. Moja podróż trwała prawie trzy lata.

Co się stało, że podjąłeś decyzję o zakończeniu pływania?

Wziąłem psa.

Dlaczego?

Myśl dojrzewała powoli, albo może raczej powoli odkrywałem to, że chciałbym go mieć. Poznałem psa mojej koleżanki, boksera, po pierwszym rejsie, który odbyłem. Wróciłem na statek, myśl dojrzewała i stwierdziłem, że chciałbym mieć swojego psa. Po myśleniu ogólnym przyszedł moment skonkretyzowania planów, zacząłem czytać o różnych rasach, cała moja rodzina stwierdziła wtedy, że jeśli mielibyśmy mieć psa, to tylko owczarka niemieckiego. Podjąłem decyzję. Założenie było takie, że będę wypływał na maksymalnie trzy-cztery miesiące. Wyszukałam hodowlę i nie zastanawiając się długo - wziąłem psa, który teraz nosi imię Ori.

Pies widoczny po zmroku - akcesoria na zimę


I jak? Zmieniło się twoje życie?

No. Trochę tak (śmiech). Generalnie po tym, jak go wziąłem, to jeszcze na początku wierzyłem, że będę mógł pójść pływać, cały czas miałem taką wizję. Później przeglądałem możliwości pływania na żaglowcach z psem, bo są takie, ale to jest spore ryzyko i niebezpieczeństwo dla psa, gdyby na przykład wypadł za burtę. Więc i ta wizja powoli zaczęła odpływać.

Zrezygnowałeś z pływania dla psa?

Zrezygnowałem. Stwierdziłem po czasie, że przecież nie mógłbym go zostawić na dwa tygodnie, a co dopiero na dłużej. To było po tym, jak przebywałem poza domem siedem dni. Skoro po siedmiu dniach mam taki niepokój wewnętrzny, to co dopiero byłoby po kilku miesiącach. Dłuższy wyjazd byłby niewykonalny. Martwiłem się też samopoczuciem Oriego, tym, że będzie mu mnie brakować, że będzie moje nieobecności przeżywał, że wrócą problemy z apetytem, więc uznałem, że to bez sensu narażać psa na taki stres. Szkoda zwierzaka, ale też szkoda tego czasu, który moglibyśmy spędzić razem, zwłaszcza, że Ori jest psem schorowanym, bo już na początku "wyszło", że ma dysplazję, trzy łapy wymagały zoperowania. Był nawet moment, w którym byliśmy postawieni przed decyzją o uśpieniu go, więc jak mogłem takiego psa zostawić? Szkoda każdego dnia, godziny czy minuty spędzonej z nim.

Zaginął pies - co robić? Krok po kroku


Postanowiłeś, że zostajesz i co dalej?

Wróciłem na studia, zacząłem wszystko od nowa, znalazłem pracę "na lądzie", w biurze.

Czy praca w biurze może być satysfakcjonująca po tym, kiedy zarabiało się pływając?

Było ciężko. Na morzu jest super klimat, a wieczorami wychodzisz z kajuty i słuchasz szumu morza, bez łuny światła na niebie, a nad tobą tylko trzepoczące żagle i gwiazdy, ale jak nie było wyjścia, podjąłem decyzję, że zostaję, coś musiałem robić i z czegoś musiałem się utrzymywać. Pracę miałem, może nie wymarzoną, ale ciekawą, chociaż drażniły mnie stałe godziny pracy oraz to, że musiałem tkwić w korkach rano i po południu. Po powrocie brałem psa na spacer, to pomagało mi pozbyć się frustracji po ścisku kierowców w drodze powrotnej. A potem się już potoczyło. Najpierw spotkałem jedną osobę, która podzieliła się ze mną psimi tematami, potem kolejne, zbiegło to się ze znalezieniem przeze mnie ogłoszenia o zaginionym psie na Facebooku.

Zaginione zwierzęta w Trójmieście


Pamiętasz tego psa?

To była chyba Hera, która uciekła z Ciapkowa. Szukano osób, które pomogłyby szukać zaginionej suki. Skończyło się to tak, że przez trzy-cztery miesiące jeździłem w okolice Redy jej szukać. Zamiast brać psa na spacer pod blokiem, zabierałem go ze sobą z nadzieją, że pomoże mi znaleźć Herę. Tam poznawałem kolejne osoby, które miały większe doświadczenie i wiedzę w temacie poszukiwania zaginionych pociech. To oraz wizja pomocy psu sprawiły, że zainteresowałem się tematem bardziej. Zacząłem spędzać w ten sposób coraz więcej czasu.


Jeżdżenie z jednego końca miasta na drugi jest czasochłonne. Jak łączyłeś to z pracą?

Na początku nie miałem takiego problemu. Traktowałam to zajęcie jako hobby. Zajmowałem się tym po pracy, w weekendy, wolne dni, wtedy, kiedy miałem czas. Ogłoszeń na samym profilu zaginionych zwierząt na Facebooku było bardzo dużo, ale w miarę możliwości starałem się pomagać. Po pierwszych sukcesach zacząłem poważnie zastanawiać się, jak mógłbym bardziej się temu oddać. Różne doświadczenia pomagały mi coraz lepiej rozumieć psią naturę. Coraz więcej doświadczenia przekładało się na wyższą skuteczność, a kolejne psy pokazywały mi, że chciałbym się tym zająć na poważnie.

Pierwszy złapany przeze mnie pies to suka owczarka niemieckiego - Megi. Akcja jej łapania trwała cztery dni. Brak sprzętu i brak ludzi sprawił, że trwała dłużej, niż powinna. Niekiedy psy nie mają tyle czasu. Megi udało się złapać i przetransportować do schroniska. Była psem lękowym, a ja zdecydowałem się na to, by trochę ją "przywrócić" do ludzi. Chodziłem z nią na spacery, siedziałem, tak, żeby ona się trochę bardziej oswoiła i obyła z człowiekiem, bo schronisko niestety w tym aspekcie ma ograniczone możliwości. Udało się i Megi szybko znalazła nowych opiekunów, a ja dzięki tej akcji poznałem osoby z Fundacji Dobrych Zwierząt. Tam też powierzono mi pod opiekę lękliwego psa - suczkę Konwalię, psa, który początkowo był psem dzikim.

Zobacz także: Mała Konwalia - pomóż przezwyciężyć jej strach

Przyjeżdżałem tam co dzień-dwa, siedziałem z nią kilka godzin, a moja praca z Konwalią ograniczała się początkowo do zakładania grubych rękawic, złapania jej i głaskania. Konwalia walczyła na różne sposoby - uciekała, gryzła, zamierała, ignorowała, ale po kilku godzinach spędzonych razem, po głaskaniu "na siłę", rozluźniała się, co było bardzo dużym sukcesem. Dopiero po kilku miesiącach udało się wyjść z Konwalią na spacer na smyczy. To była ogromna nagroda dla mnie i równie ogromny sukces Konwalii, która przezwyciężyła strach. To dzięki niej polubiłem pracę z psami lękowymi, pracę, która daje ogrom satysfakcji. To był też moment, w którym moje hobby stało się czymś więcej. Rozdzieliło się też na dwa tory - pracę z psami lękowymi i czas, który poświęcałem na szukanie i łapanie psów zaginionych.

Kolejne psy utwierdzały cię w przekonaniu, że to jest to, czym powinieneś i chcesz się zająć? Pamiętasz te psy?

Pamiętam Foresta, którego łapaliśmy w okolicach Nowego Portu. Zajęło nam to, bagatela, sześć miesięcy. Był bardzo sprytny, a przy tym dziki, a my, podobnie jak poprzednio, nie dysponowaliśmy sprzętem, który by nam pomógł w jego łapaniu. Sytuacja finansowa była trudna, wszystkie wydatki pokrywaliśmy z własnej kieszeni, sam koszt benzyny na codziennej trasie Gdynia-Gdańsk i z powrotem dawał się nam we znaki, a do tego dochodził czas, który traciliśmy na dojazdy. W międzyczasie pojawiały się też mniej wymagające psie wypadki. Walecznego Foresta łapaliśmy kilkukrotnie. Raz, gdy było naprawdę blisko, wyrwał nam się. Wtedy stwierdziłem, że klatka-łapka jest narzędziem niezbędnym. Udało się ją zakupić. Potem zaczęły się długie dyżury i jej ciągła obserwacja. Dopiero to odniosło skutek. Była to jedna z najdłuższych historii łapania psa w moim doświadczeniu.

Zacząłeś odnosić sukcesy. Czy zgłoszenia zaczęły się mnożyć?

Tak. Ludzie dzwonią, czasem nawet nie wiem, skąd mają mój numer telefonu, proszą, mimo że ja nie miałem firmy czy fundacji, nie zajmowałem się tym zarobkowo, byłem zwykłą osobą prywatną.

Imprezy dla zwierzaków w Trójmieście


Czyli to hobby?

Tak, tak to traktowałem. Czasem niewiele musiałem robić. Kiedyś siedząc na zajęciach na uczelni przeglądałem ogłoszenia o zaginionych psach. Wróciłem ze szkoły i zabrałem swojego psa na spacer i wtedy zobaczyłem tego psa, jak przechodził koło mnie przez ulicę. Zawróciłem, zatrzymałem się, zawołałem psa, pies uciekł. Pomyślałem, że jak mnie się boi, to może pozytywnie zareaguje na psa. Niestety. Psów też się bał, ale udało mi się zagrodzić mu drogę w ślepej uliczce. Przy próbie złapania zaczęła walczyć, wtedy jeszcze nie byłem po rocznym kursie zoopsychologicznym i treserskim dla psów, nie miałem wiedzy, myślałem, że się nie uda, pies ucieknie albo co najmniej mnie pogryzie, ale udało się. Taka szybka akcja. Od razu przyjechali szczęśliwi właściciele. To cieszy.

W międzyczasie powiększyła ci się też twoja psia rodzina

Tak, wziąłem kolejnego owczarka niemieckiego, suczkę Irę, trochę z myślą o tym, żeby wyszkolić ją w kierunku tropienia innych psów, bo jest to rzecz, której bardzo często nam brakowało przy poszukiwaniach psów. Czasami wiadomo, że pies był w jakimś miejscu pół godziny temu, ale to było aż pół godziny temu, a pies miał mnóstwo dróg do wyboru. To zrodziło pomysł, żebym miał Irę, która będzie mi pomagać. Ira wzięła udział w szkoleniu "noseworku", czyli takim, na którym psy uczą się wykorzystywać swój najlepszy zmysł do szukania np. narkotyków czy materiałów wybuchowych. Wtedy zaczęliśmy pracować nad umiejętnością rozróżniania psich zapachów. Nie było łatwo, wciąż nie jest, bo takie szkolenia potrafią trwać nawet dwa lata, jak nie dłużej. Plany zaczęły się krystalizować.

Rożne doświadczenia wpłynęły na to, czym zajmuję się teraz. W ramach swojego kursu pojechałem do schroniska do Zgierza, gdzie mieliśmy praktykę, a Zgierz to niezwykłe miejsce. Gdy przyjechałem na miejsce, pod bramę główną, zachodziłem w głowę, gdzie owo schronisko się znajduje, bo żadnego psa nie było słychać. Ani jednego. Byłem święcie przekonany, że pomyliłem adres, dopóki nie zobaczyłem psich boksów. To bardzo mądrze zaplanowane miejsce - boksy są tak poustawiane, że psy "nie nakręcają" się wzajemnie, nie widzą siebie. Mają kilka dużych wybiegów, do których jest bezpośrednie dojście z boksów, a samo miejsce jest położone w lesie, co też separuje psy od czynników stresujących. Klimat jest niebywały, aż się chce pracować z psami, tak bardzo, że dotarło do mnie, że nie chcę pracować w biurze.

Zawsze chciałem mieć swoje schronisko, fundację albo chociaż przytulisko. No i urodził się pomysł hotelu dla psów. Zrealizowany już w zasadzie. Hotel "Na sześciu łapach" i świetlica, bo też udało nam się wygospodarować na nią teren, umiejscowiony jest w Bojanie, na dużej działce, chciałem, żeby psy miały warunki domowe, a nie boksowe, bo to ważne. I udało się. To dużo fajniejsza opcja niż praca w biurze.


Ale teraz też walczysz o inną ważną rzecz.

Tak, staramy się znaleźć środki na odpowiednie wyposażenie samochodu, np. żółte lampy ostrzegawcze, które mogłyby ostrzec innych kierowców. Potrzebne są też klatki, jeśli w samochodzie jest więcej niż jeden pies, a docelowo maja być cztery miejsca i jedno miejsce na nosze, jeśli pies jest ranny, a klatki niestety nie należą do najtańszych. Jeździmy nim od niedawna, ale już udało nam się złapać matkę z sześcioma szczeniakami, kilka innych psów złapaliśmy na ulicy, patrolowaliśmy ulice też w noc sylwestrową. Samochód jeździ, ale brak w nim podstawowego sprzętu. To jest uciążliwe, tym bardziej, że doświadczenie pokazuje, iż zapotrzebowanie jest.

Łapanie psów jest satysfakcjonujące, ale nie jest łatwe. Potrzeba czasu, cierpliwości i przede wszystkim sprzętu. Taki samochód będzie służył wszystkim nam, bo jak mówią statystyki, średnio co piąty pies może się zgubić. Chcę to dalej robić jako wolontariusz, to moje hobby, ale potrzebuję środków, które pomogą mi to robić skuteczniej. Daję od siebie samochód, benzynę, swój czas i siebie, proszę tylko o to, abym mógł to należycie wykorzystać, posiadając odpowiednie wyposażenie, żeby łapać psy, które potem najczęściej zawożę do schroniska.

Za pośrednictwem strony pomagam trwa zbiórka na wyposażenie samochodu Adama. Chcesz go wspomóc? Kliknij tutaj.

Opinie (20)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Czytaj także

zobacz więcej»

wydarzenia - imprezy i szkolenia

+ dodaj

Miejsca przyjazne zwierzętom

Forum zwierzęta - ciekawy temat

Szczoteczka ultradźwiekowa Emmi-Pet (21 postów)

Ktoś ma? Używa u swojego psiaka? A może był gdzieś ze zwierzakiem na usunięciu kamienia nazębnego tą metodą? Jakieś opinie? (oglądałam kilkanaście filmików w Internecie)

Ilona (1 tydzień temu)

Kamień powoduje choroby dziąseł (np. stany zapalne) i zębów. Zepsute i rozchwiane zęby dokuczają psu podobnie jak człowiekowi, a stan zapalny w obrębie głowy stanowi realne niebezpieczeństwo rozprzestrzenienia się zakażenia (zatoki, nawet mózg). Dlatego właśnie kamień trzeba usuwać. A w ogóle mam wrażenie, że leczysz tu jakieś swoje problemy, bo jesteś napastliwy, czepliwy, agresywny i antypatyczny. Zamiast tu dymić poczytaj o psich chorobach zębów i przyzębia.

więcej tematów »